Orłowski miał wiele zalet

Szczególnie jako wzorowemu szefowi kancelarii trudno mu coś zarzucić, ale był starego stylu dowódcą. W żadne tam zbrojenia ludu nie wierzył, na milicję patrzył niechętnie i zwięźle precyzował swój pogląd na jej możliwości militarne, oświadczając, że z niej „więcej bywa nieprzyzwoi- tości jako niesubordynowanej niż usługi”. Komendanta milicji, prezydenta Zakrzewskiego, nie cierpiał. Załamała się zgodna za czasów Mokronowskiego współpraca prezydenta i komendanta miasta. Teraz ci dwaj ludzie robili sobie różne złośliwości, co niekorzystnie odbijało się na toku załatwianych przez nich spraw, i chętnie jak dzieci oskarżali się przed Kościuszką, który wysłuchiwał obu skłóconych mężów i starał się łagodzić spory. Negatywnie oceniał generał nie tylko walory wojskowe ludu Warszawy. Uważał również, że przy budowie okopów praca idzie niesporo, dostrzegał, że właściwie tylko jeńcy wojenni coś tam robią. „Inni zaś biegać lekce leniwi albo swywolni” pisał i kończył z niesmakiem: „a nie można nic mówić, bo to ochotnicy”. Nie lubił więc generał niesubordynowanego tłumu; jest to taka sama postawa, jaką w trzydzieści sześć lat później przyjął generał Józef Chłopicki, mówiąc zwięźle, że nie zniesie „hałastry pod bronią”.

Kancelaria była wzorowo prowadzona

Generał Józef Orłowski chwalił przed Kościuszką swego poprzednika za porządek, a jako dobry urzędnik dojrzał przede wszystkim, że kancelaria była wzorowo prowadzona. Stan garnizonu przeraził wszakże nowego komendanta, o czym w następujących słowach donosił Kościuszce: „ ten garnizon tak szczupły przez wy komenderowania swoje i tak nikczemny dla licznych rekrutów jeszcze nie wystruganych znalazłem, że nie mam z czego obozu jednego porządnego złożyć a należałoby ich mieć najmniej 2, jeden przy Warszawie, a drugi przy Pradze. I lubo te obozy w tych dwóch miejscach założone zastałem, ale to więcej dla egzercerunku, niż żeby miały co znaczyć. Starych żołnierzy nie mam jak 786, na pół przećwiczonych 1981, a rekrutów surowych, jeszcze nie przy oddziałach, 1468 głów. Otóż cały mój garnizon, a wytrąciwszy z niego artylerii 1203, nie zostaje się więc żołnierza w garnizonie jak 3212 * głów. W tejże liczbie garnizonu lubo się znajduje 958 głów kawalerii, ale koni nie masz jak 219, a żołnierza do niego jak 125”. Orłowski co wyraźnie widać był pesymistą, ale stan liczebny jego garnizonu rzeczywiście nie upoważniał do nadmiernego optymizmu. Groźne poruszenia Prusaków w kierunku Sochaczewa niepokoiły generała, a zdarzały się i alarmy nad Narwią, gdzie według jego słów stały „małe korpusila rozpierzchnione. więcej dla pokazania, że i my się pilnujemy, niż dla odparcia nieprzyjaciela”. Słowem, z godziny na godzinę niemal wzrastało zagrożenie. Sytuacja jak wiemy po przełomie szczekocińskim istotnie rysowała się dla powstania ciężko, lecz nie beznadziejnie. Zbliżały się chwile, w których cała armia powstańcza miała, opierając się na Warszawie, stoczyć decydującą walkę. Tymczasem jednak Orłowski załamywał ręce, bal się straszliwie ataku na stolicę i zaklinał Kościuszkę, aby mu przysłał regularnego żołnierza.

Kościuszko odwołał Mokronowskiego ze stanowiska komendanta siły zbrojnej Księstwa Mazowieckiego

Nowym komendantem mianował Naczelnik generała Józefa Orłowskiego. Sądzić można, że Kościuszko przeprowadzając tę zmianę, kierował się pobudkami natury ogólnej i osobistej. Usuwając Mokro- nowskiego, osłabiał pozycję króla i prawicy, oddalał człowieka sobie niechętnego, a w osobie Orłowskiego wprowadzał na stanowisko komendanta garnizonu stolicy oficera, który nie związany z żadnym ugrupowaniem politycznym był szczerym przyjacielem Naczelnika od młodzieńczych lat. Orłowski aż do czasów targowickich pozostawał komendantem jedynej twierdzy Rzeczypospolitej Kamieńca Podolskiego, wnosi] więc na stanowisko komendanta Warszawy długoletnie doświadczenie samodzielnego dowodzenia. Nie zabłysnął on wybitnym talentem, był jednak świetnym urzędnikiem, dobrym administratorem i rzetelnym wykonawcą rozkazów. Mokronowski pożegnał się uroczyście z wojskiem zdając komendę, a w rozkazie z 14 czerwca takie między innymi wypowiedział słowa: „Winien zaś będąc korpusowi oficerów i zacnemu rycerstwu, w dniach 17 i 18 kwietnia roku teraźniejszego sławną rewolucję w mieście stołecznym tutejszym męstwem, odwagą utrzymującym, to zaufanie i podział sławy, do których mnie pomocą swoją doprowadzili. Nie mogę nie mieć za powinność oświadczyć im szczerego żalu z oddalenia się mego stąd, od ich koleżeństwa i służenia im dłużej, a przy tym oświadczenia im tej wdzięczności, najżywszej przyjaźni i szacunku, które zapewne do grobu mego dla nich zaniosę”.

Oficerowie sądzeni i pozbawieni stopni

Natomiast ci oficerowie, którzy w dniach insurekcji nie stanęli w potrzebie, mieli być w myśl rozkazu Kościuszki sądzeni i pozbawieni stopni w razie udowodnienia im wrogiej lub obojętnej postawy wobec walki o niepodległość. Osobną kartę, nie zapisaną jeszcze w pełni przez historyków, stanowi udział w powstaniu Korpusu Kadetów 85. Kilkunastu starszych chłopców uczestniczyło w walkach; podobno dowodził nimi Józef Sowiński, wówczas młody kadet, w przyszłości bohaterski obrońca Woli. Później na ogólną liczbę 76 kadetów aż 34 wstąpiło do wojska, tak więc prawie wszyscy, którzy ukończyli 15 lat, poszli do szeregów. Pojawił się przy tym wstępowaniu kadetów do wojska jakiś nieporządek; korpusy nie wymieniały ich w swych stanach. Mokronowski stanowczo się tego domagał i na specjalnej odprawie dla komendantów korpusów w kwaterze głównej dokonał przydziału kadetów do poszczególnych regimentów. Samowolne wstępowanie kadetów do wojska było niedozwolone i Mokronowski zalecił, aby bez porozumienia z komendantem Szkoły Rycerskiej, generałem Ignacym Wodzińskim, nie zaciągać młodych ludzi pod sztandary. Kadeci wnosili w szeregi wojska entuzjazm młodzieńczy. Dowództwo Szkoły zaś udostępniło wykłady dyrektora szkoły Hubego, nauczyciela „militarnej instytucji’’, „wszystkim, którzy by w militarnych wiadomościach oświecić się chcieli”. Wychowawca i wykładowca korpusu Józef Łęski napisał bardzo potrzebną młodym żołnierzom kościuszkowskim pracę poświęconą taktyce, pt. Przepisy wojskowe w czasie batalii.

Nie byli oni zbyt rygorystyczni, gdy chodziło o czystość własną i żołnierzy

Mokronowski napominał więc ostro szczególnie kawalerię i głosił prawdę oczywistą, lecz przypomnienia wartą, że „ochędóstwo jest niemałą zaletą żołnierza, a zaniedbanie się dowodzi zły rząd i próżniactwo”. Rozkaz Kościuszki ustalał, że żołnierz ma być odziany „jak najprędzej, jak najtaniej, jak najdogodniej zdrowiu jego”. Zarzucano więc w nowo tworzonych regimentach ozdoby, jak specjalne guziki, klamry, jedwabne tkaniny na chusty. Żołnierz kościuszkowski i zewnętrznym wyglądem zbliżył się do ludu, wódz zaś kazał ubierać wojsko „w kurty, czechczery [spodnie] z sukna, jakiego lud wiejski używa na swoje sukmany”. Mokronowski dawnym żołnierzom przypomniał obowiązek jedno« litego ubioru. Zaznaczyć trzeba, że wobec szybkiego powiększenia armii powstańczej dał się odczuć brak oficerów. W garnizonie warszawskim w nagrodę za kwietniowe zwycięstwo Kościuszko awansował wszystkich oficerów automatycznie o jeden stopień, a najbardziej zasłużonych nawet o dwa. Awanse w armii kościuszkowskiej następowały szybko. Trzej porucznicy z początku insurekcji Karol Kniaziewicz, Michał Piotrowski i Izydor Krasiński — zostali generałami. W dwudziestu dawnych batalionach piechoty 135 podoficerów i żołnierzy uzyskało nominacje oficerskie. Także w nowo utworzonych oddziałach awanse były bardzo szybkie. Do końca insurekcji większość dawnych podoficerów została oficerami, a prawie wszyscy starzy żołnierze awansowali do stopni podoficerskich. Zarówno podoficerowie, jak i starzy wysłużeni żołnierze w większości składali się z drobnej szlachty.

Utyskiwania na brak czujności

Niewystawianie wart i placówek nadal nie ustawały. Inspekcje, jakie Mokronowski odbywał czasami w nocy, wypadały fatalnie; winił przede wszystkim dowódców za to, że słabo pracują nad wyszkoleniem swych ludzi. Szło mu zresztą i o uchybianie „poważnego uszanowania i posłuszeństwa”, co nie było już takie najbardziej istotne w tych gorących dniach i w tej młodej, świeżo zreorganizowanej armii. Baczną uwagę przykładało dowództwo powstańcze do ćwiczenia rekrutów. Najlepiej spisywała się pod tym względem artyleria. „Z największym ukontentowaniem widziałem dnia wczorajszego donosił Mokronowski 30 kwietnia w korpusie artylerii ćwiczących się rekrutów”, inne korpusy do tego zachęcał. A już następnego dnia zapowiedział: „Ile mi tylko czasu zbywać będzie od zabaw moich, poświęcę na rewidowanie korpusów egzercerujących”. Do sprawy ćwiczenia nowo zaciężnych wracał komendant jeszcze kilka razy, i to z naciskiem. Musiał też zająć stanowisko wobec wielkopańskich gestów dawnych oficerów, przerażony narastającym ruchem ludowym, który i wśród żołnierzy zżytych z Warszawą i w niej rekrutowanych dał się odczuć. Tak więc rozkazywał: „ zaleca się ichmość panom komendantom korpusów nowo zaciężnych, ażeby nie używali ludzi swoich za masztalerzy ani na żadne partykularne usługi, gdyż ci ludzie, będąc żołnierzami Rzplitej, jeden tylko i szczególny cel mieć powinni sposobienia się do usług ojczyzny”. Bardzo to słuszne napomnienie i piękne słowa, trudno też nie uznać racji komendanta, gdy w tymże rozkazie pisał: „Zalecam ichmość panom oficerom wszystkim w garnizonie, ażeby we frakach nie chodzili i przystojnie się ubierali, ponieważ jest stąd największe zgorszenie i nieprzyzwoitość w służbie”. Widocznie znajdowało się trochę filutów wśród „ichmość panów oficerów”, którym mundur zawadzał, gdy w grę wchodziły sprawy amora.

Sytuacje wewnętrzne garnizonów

Widoczna jest duża troska Mokronowskiego o zabezpieczenie amunicji dla wojska. Nakazał on, aby regimenty zaopatrzyły się z arsenału w surowiec potrzebny do robienia amunicji, a więc pobrały ołów, proch, papier, i natychmiast zatrudniły się wyrobem ładunków. Przy tym żądał, aby ilość amunicji zapasowej wynosiła po 180 ładunków na żołnierza pieszego i po 60 na konnego. Niepokoił komendanta brak subordynacji, który dostrzegł w wojsku. Jego, oficera, nigdy nie rozumiejącego ducha rewolucji, raził upadek dawnej surowej dyscypliny, którą rad by był przywrócić. Groził więc oficerom, że mają przestrzegać subordynacji „pod odpowiedzią kryminalnie w sądzie wojskowym”. Narzekał, że rozkazy nie są wykonywane szybko i stwierdzał, że jak wynika ze składanych mu meldunków, placówki nie pełnią należycie swej służby. Zaniepokoił się tą ostatnią sprawą poważnie i zalecił najsurowiej, aby „żadna placówka nie stała w domach lub karczmach, ale na czystym polu”, konie tylko połowy żołnierzy stojących na placówce mogły być rozkiełznane, „druga zaś połowa tejże placówki zupełnie gotowa do ruszenia” być miała, a to do tego stopnia, że żołnierze nie mogli wypuszczać cugli z rąk. Daleko jednak było do tego ideału, bo żołnierze na placówkach często spali snem sprawiedliwych. Do tego dochodziła niepunktual- ność w obsadzaniu placówek i ordynansów. Zdarzyło się — donosił w rozkazie z 1 maja Mokronowski — iż przez dwa dni nie zostali zmienieni jego osobiści kurierzy i ordynansi, z czego wyciągnął wniosek, aż nazbyt oczywisty, że „ jeżeli ten nieporządek jest pod moim okiem, co się dziać musi po innych pocztach”.

Ufortyfikowanie Warszawy

Najpilniejszą sprawę z punktu widzenia wojskowego stanowiło oczywiście należyte ufortyfikowanie Warszawy. Stolica była miastem otwartym, a jedyne zabezpieczenie dawał jej okop omówiony na wstępie, zbudowany w 1770 r. Przystąpiono więc natychmiast do jego naprawy, w celu zaś zorganizowania obrony bocznej usypano co 300 metrów bastiony. Ze ścierających się dwóch planów obrony miasta zwyciężyła koncepcja pułkownika Karola Sierakowskiego, komendanta korpusu inżynierów82. Oprócz naprawienia okopów i usypania bastionów zaprojektował on, celem pogłębienia obrony, urządzenie wilczych dołów i innych przeszkód przed okopami. Na życzenie Sierakowskiego ustalono następującą kolejność robót: najpierw wznoszenie bastionów, które zamierzano obsadzić wojskiem i artylerią, później wzmocnienie kurtyn , które miała obsadzić milicja miejska, a w końcu oszańcowania wewnętrzne w południowej części obwodu okopów. Gdy w lipcu zbliżyły się działania wojenne pod samo miasto, fortyfikacje Warszawy nie były jeszcze ukończone. Osłonę miasta dowództwo polskie zorganizowało w promieniu do 50 kilometrów, przeznaczając na ten cel 4494 ludzi; część z nich utworzyła kordon nad Narwią od Nowego Dworu do Ostrołęki. Ponadto osłaniały miasto dwie dywizje: jedna pod Janem Henrykiem Dąbrowskim, wysunięta w kierunku zachodnim, druga, pod Haumanem, ustawiona na południo-zachód. Na skutek rozkazu Kościuszki już 16 maja Hauman odszedł na południowy teatr wojny i po przesunięciu na jego miejsce Dąbrowskiego z kolei na odcinku zachodnim, od strony Sochaczewa, wytworzyła się niebezpieczna luka. Wobec przewidywanego z tej strony ataku Prusaków dowództwo polskie osłabiło jeszcze bardziej garnizon samego miasta i z 1000 żołnierzy pod wodzą Sierakowskiego utworzyło 8 czerwca pod Błoniem dywizję dla obrony tego odcinka.

W garnizonie miasta Warszawy

Pogotowie wojskowe garnizonu warszawskiego, jego wyćwiczenie i wyposażenie, a także to wszystko, co tyczyło się „obrotów militarnych”, pozostawało w Warszawie pod bezpośrednimi rozkazami Mokronowskiego. Jakobińska próba narzucenia kontroli niepopularnemu generałowi przez utworzenie Rady Wojskowej złożonej z oficerów znanych z radykalnych poglądów nie miała większego znaczenia; już 24 kwietnia Rada utraciła swą autonomię i została włączona do podporządkowanego Mokronowskiemu Wydziału Wojskowego RZT. Garnizon warszawski podlegał wyłącznie rozkazom Mokronowskiego, który w zakresie organizacji służby wojskowej i ćwiczeń rekruta miał duże zasługi i działał energicznie80. Już 22 kwietnia zażądał składania regularnych raportów od wszystkich oddziałów wojskowych w Warszawie. Szło to jednak opornie i zaraz następnego dnia Mokronowski ponawiał swój rozkaz: „Raportów dotąd nie mam od korpusów, stąd tysiąc wypada nieładów, że wiedzieć nie mogę ani poczt, ani żadnych komend”. Domagał się, aby wszystkie korpusy zebrały swych żołnierzy, których spora liczba wyłamała się z rygorów dyscypliny i od czasów insurekcji wałęsała się po ulicach. Żwawo też krzątał się przy rozsyłaniu posterunków wojskowych, które zabezpieczały gmachy poselstw zagranicznych, więzienia, miejsca posiedzeń władz powstańczych. Rozesłał też patrole wojskowe po mieście i rozstawił posterunki wokół Warszawy.

Budowa fortyfikacji na Pradze

Osobne zagadnienie stanowiła organizacja mieszczańskiej siły zbrojnej i budowa fortyfikacji na Pradze, którą początkowo zaniedbano, czego nie dało się szybko odrobić; jeszcze w połowie czerwca dowództwo powstańcze troszczyło się o Pragę, jako o najsłabszy punkt w przygotowywanej obronie stolicy. Utworzenie dwóch grup wśród milicji, „cechowych” i „niececho- wych”, nie wystarczy do przedstawienia w sposób wyczerpujący jej składu społecznego. Odkładając do dalszych rozdziałów bliższą analizę jej struktury społecznej zaznaczmy tylko, że w grupie pierwszej występowali i majstrowie, i czeladnicy, a w grupie drugiej znaleźli się i rzemieślnicy „niecechowi”, partacze, i ludzie wykonujący wolne zawody, i służba domowa, i Żydzi oraz biedota o bliżej nie określonym zajęciu. Ta druga grupa była więc bardzo niejednolita pod względem społecznym.