Produkcja prochu i amunicji

Na zakończenie tego przeglądu różnych spraw związanych z organizacją przemysłu zbrojeniowego wspomnijmy jeszcze o produkcji prochu i amunicji. Wobec dużego zużycia amunicji i nieregularności dostaw prochu z Galicji należało uruchomić jak najszybciej młyny prochowe w Warszawie. Tymczasem młyn w Łomiankach nie wchodził w rachubę, gdyż leżał poza pasem obwarowań i w każdej chwili mógł być zagrożony przez nieprzyjaciela. Prawdopodobnie uległ też zniszczeniu w czasie oblężenia stolicy. Zresztą jego możliwości produkcyjne nie były wielkie. Nie posiadamy wiadomości o uruchomieniu w czasie powstania młyna prochowego wystawionego w okresie je poprzedzającym przez bankiera Szulca. Powstańcy uruchomili jednak nowy młyn prochowy na terenie Pragi, na Golę- dzinowie. W tym celu wykorzystano zarekwirowany młyn znanego dostawcy wojsk rosyjskich, Szmula Zbytkowera. Najdalej w czerwcu władze wojskowe przystąpiły do przebudowy i urządzania młyna. Równocześnie opracowywano różne projekty unowocześnionych sposobów produkcji prochu i zachęcano do poszukiwania saletry. Jak pamiętamy, dowództwo powstańcze niemal natychmiast po zwycięstwie rozkazało, aby żołnierze wyrabiali amunicję po regimentach. Dowódcy regimentów mieli zostawić sobie pewien zapas, a resztę odsyłać do arsenału. Było to jednak stale za mało na potrzeby armii. Chcąc wzmóc produkcję amunicji karabinowej, zorganizowano ją w klasztorach warszawskich. W wyniku tych starań amunicję zaczęto wytwarzać w zabudowaniach przy kościele Sw. Krzyża, w szpitalu Dzieciątka Jezus, w klasztorach dominikanów, obserwantów, karmelitów, trynitarzy i kapucynów. Naturalnie stale wyrabiano ją również w arsenale.

Przeszkodzie przy odlewnictwie armat

Powstańcom brakowało podstawowych surowców do odlewania dział spiżowych: miedzi i cyny. Należało się uciec do rekwizycji. Kościuszko spodziewał się, że zdobędzie brąz przez rekwizycje dzwonów i innych sprzętów kościelnych. Dzwony z warszawskich kościołów złożyły się też na poważny zasób brązu, jaki zgromadzono w ludwisarni warszawskiej. Ponadto zebrano nieco miedzi, cyny i żelaza w drodze rekwizycji lub zakupu u kupców warszawskich. Do końca powstania szczególnie dotkliwie odczuwano jednak brak miedzi. Zgromadzone zasoby cyny też się szybko wyczerpały i Szubalski poszukiwał jej gorączkowo. Trzeba zaznaczyć, że o skompletowanie korpusu artylerii i wyposażenie armii powstańczej w działa szczególnie troskliwie zabiegał sam Naczelnik. Od pierwszych niemal rozkazów, jakie słał do Warszawy, aż po Maciejowice, przebija z nich stała troska o przyspieszenie i ulepszenie odlewnictwa dział, gdyż jak to określał „w czasie boju najwięcej prawie decydują armaty”. W początkach czerwca znajdowały się w ludwisarni warszawskiej w produkcji 23 działa, w tym 17 ciężkiego kalibru. Niestety, im dłużej trwało powstanie, tym gorzej było z gromadzeniem surowca potrzebnego do wyrobu dział i tej trudności nie zdołano już przezwyciężyć.

Pierwsza poważna trudność, na którą natrafił nowy dyrektor

Konieczność powtórnego zorganizowania rozwiązanej w okresie rządów targowickich kompanii rzemieślników tworzącej stały personel ludwisarni. Ponieważ brak rzemieślników w Warszawie dawał się już odczuć, zwrócono się na prowincję z apelem o przyjazd do stolicy zarówno majstrów, jak i czeladników. Władze wykazały tu dużą energię i szybko udało się skompletować spory zespół rzemieślników, który wystarczał do uruchomienia ludwisarni i odlewania dział nawet dużego kalibru, dwunastofuntowych. W ludwisarni warszawskiej w końcu maja pracowało oficerów, 1 ludwisarz, 1 pisarz, 1 mechanik, 1 felczer, 17 majstrów i 43 czeladników, czyli razem 66 osób. Prawdopodobnie mimo starań nie zdołano już o wiele zwiększyć tego zespołu, ale i to może być uważane za sukces, bowiem w tak trudnych warunkach zdołano skompletować liczbę pracowników większą niż ta, jaką ustanawiał etat Sejmu Czteroletniego. Duże zasługi miał tu ludwisarz Jan Dietrich, z pochodzenia Niemiec, od 12 lat zamieszkały w Polsce, który pracował niezmordowanie, a nawet z własnej kieszeni opłacał rzemieślników ludwisarni, gdy ci grozili rozejściem się wobec niepunktualnych wypłat ze skarbu państwa. Pod kierunkiem Dietricha pracował jego zastępca zwany mechanikiem, Jan Szmidt. Główną jego funkcję stanowił nadzór nad wierceniem luf działowych. W ówczesnym procesie produkcji dział było to najtrudniejsze ogniwo, wymagające dużych umiejętności. Wśród rzemieślników ludwisarni warszawskiej znajdowało się 10 kowali z 32 czeladnikami, 1 ślusarz z 2 czeladnikami, 2 stelmachów z 2 czeladnikami, 1 kołodziej z 2 czeladnikami, 1 tokarz z 1 czeladnikiem, 1 stolarz z 3 czeladnikami i 1 rymarz z 1 czeladnikiem. Tak więc spośród czeladników zatrudnionych w ludwisarni 45 było związanych z obróbką metalu (kowale, ślusarze), 13 z obróbką drewna (stelmachowie, kołodzieje, tokarze, stolarze) oraz 2 z obróbką skóry (rymarze).

W prywatnych warsztatach rzemieślniczych silnie odczuwano brak czeladników

Wobec wielkiej ilości pracy przy reperacji broni zapotrzebowanie na poduczonych i choć częściowo wykwalifikowanych czeladników znacznie wzrosło. Trudności pojawiły się wyraźnie w końcu czerwca, w związku z rozruchami i masowym poborem do wojska. Warsztaty zostały tu i ówdzie bez czeladników, stąd wezwania władz, aby rekrutacji nie poddawać rzemieślników mających zaświadczenie swoich pracodawców, ludzi osiadłych lub o stałym zawodzie. Rzemieślnicy pracujący dla wojska uzyskiwali specjalne zaświadczenie chroniące ich przed poborem. W pierwszym okresie powstania musiano zadowolić się pracą rzemieślników indywidualnych, ale już wówczas podjęto przygotowania do utworzenia wielkich państwowych manufaktur naprawy broni palnej, których uruchomienie przypadnie jednak dopiero na koniec lipca lub nawet początek sierpnia. Najwięcej chyba energii i wysiłku włożono w odlewnictwo dział. W arsenale warszawskim znajdowało się przed powstaniem 168 dział (w tym aż 60 małych armatek trzy funtowych). W czasie walk 17 i 18 kwietnia zdobyto 28 uszkodzonych dział. Ta ilość dział była niewystarczająca, musiały one bowiem posłużyć do uzbrojenia armii polowej warszawskiego ośrodka powstańczego, a także miały zasilić słabo wyposażoną w artylerię armię Kościuszki operującą w Małopolsce oraz wojsko litewskie. W tej sytuacji należało natychmiast przystąpić do odlewania nowych dział. Dnia kwietnia Rada Wojenna wydała rozkaz uruchomienia ludwisami warszawskiej, powierzając jej kierownictwo kapitanowi Karolowi Szubalskiemu.

Nie można liczyć na masowy zwrot karabinów

Trzeba więc było starannie rozprowadzić zapas, który posiadano, i reperować skrupulatnie karabiny zepsute; o wyrobie nowych chwilowo nie myślano. Z punktu przystąpiono do reperacji, zobowiązując do pracy wszystkich przydatnych do tego rzemieślników warszawskich. Pracowali oni nadal w swych prywatnych warsztatach, ale pod nadzorem władz wojskowych, które przestrzegały punktualności wykonania robót oraz monopolizowały pracę tych warsztatów wyłącznie dla armii. Broń do naprawy dostarczał centralnie Komisariat Wojskowy, działający pod kierunkiem Wydziału Potrzeb Wojskowych, oraz poszczególni dowódcy. Oprócz puszkarzy w pracach przy „ręcznej strzelbie” zatrudnieni byli ślusarze, kowale, zegarmistrze, snycerze, kreślarze, tokarze, organmistrze. Nie wszyscy oni pracowali do końca powstania w swoich warsztatach. W okresie następnym, po uruchomieniu wielkich państwowych warsztatów naprawy ręcznej broni palnej, które zasługują nawet na nazwę manufaktur, część majstrów przeniosła się tam ze swoimi narzędziami, a niektórzy łączyli pracę w manufakturach lub ludwisarni z pracą u siebie. Wszyscy musieli zdawać ścisłe raporty o liczbie i jakości naprawionej broni. Różnorodność broni reperowanej przez rzemieślników warszawskich była bardzo duża; na pierwszym miejscu wymienić trzeba karabiny piechoty i jazdy, sztucery i pistolety. O wydajności indywidualnych warsztatów niewiele da się powiedzieć, ale chyba nie można jej uznać za wielką, skoro na przykład rusznikarze Dietrich i Malinowski w ciągu sześciu tygodni naprawili 40 sztuk broni, co zresztą spotkało się z krytyką i naganą władz; uważano tę ilość zreperowanej broni za niewystarczającą.

Produkcja kos bojowych

Chodziło tu przede wszystkim nie o wyrób nowej broni, lecz o przekucie i przystosowanie do potrzeb bojowych posiadanego narzędzia pracy. Wspomnieć też trzeba, że zdołano zakupić większą ilość kos w Galicji. Po rozprowadzeniu kos wśród wojska, milicji i pospolitego ruszenia pozostawało jeszcze w końcu czerwca w magazynach warszawskich 82113 sztuk, a więc zapas był znaczny. Zapewne zrezygnowanie we wrześniu z pospolitego ruszenia i zastąpienie go nowym poborem zmniejszyło zapotrzebowanie na kosy. Jedno jest faktem, że w magazynach warszawskich do końca powstania znajdował się pokaźny zapas tej broni 92. Ogólnie stwierdzić trzeba, że w zakresie zaopatrzenia armii w broń białą największe trudności zostały przełamane i że w dziele tym rzemieślnicy i robotnicy Warszawy odegrali ważną rolę. Ze znacznie większymi trudnościami spotkały się władze powstańcze przy produkcji ręcznej broni palnej. Od zwycięstwa insurekcji kwietniowej zaopatrzenie armii w karabiny przedstawiało się źle. W arsenale przed 17 kwietnia było tylko 13 600 karabinów i 758 sztucerów, sprowadzonych tu w tajemnicy przed Igel- stromem. Z tego zapasu w okresie walki 7941 karabinów dostało się w ręce ludu, a 2527 rozdano wojsku. Uwzględniając różne wpływy, głównie dary, stwierdzić trzeba, że 6 maja w arsenale znajdowały się zaledwie 2724 karabiny dla piechoty, 700 karabinów kawaleryjskich i 70 sztucerów, lecz i ta niewielka liczba uległa zmniejszeniu, gdy 8 maja, w okresie nasilenia obaw przed oblężeniem, lud stolicy ponownie zabrał broń i ładunki z arsenału, a także z ratuszy poszczególnych cyrkułów. W tej katastrofalnej sytuacji Kościuszko zdecydował, że w broń palną należy zaopatrzyć przede wszystkim piechotę, zarządzając odebranie karabinów kawalerii. RZT apelowała do ludu warszawskiego, aby oddał broń zabraną z arsenału, ale bezskutecznie. Lud wolał broń zachować, wolał być uzbrojony, spodziewał się zemsty wroga, a do rządu zaufania nie żywił. Naturalnie RZT miała dwa cele na uwadze, żądając zwrotu karabinów: pierwszy aby wzmocnić uzbrojenie armii regularnej, drugi osłabić uzbrojenie ludu, którego się obawiała.

 

Brak zapasu broni

Okazało się, że 1 czerwca 1794 r. nie posiadano już w arsenale żadnego zapasu tej broni, która została rozprowadzona do ostatniej sztuki między armię regularną oraz zabrana przez lud w czasie zaburzeń majowych. Od tej pory więc przystąpiono intensywnie do wyrabiania pałaszy, ale nie zdołano nigdy zaspokoić potrzeb całego wojska w tym zakresie. Pałasze pozostały bronią kawalerii i artylerzystów, piechota zaś posiadała ich niewiele. Produkcja pik, łatwiejsza i szybsza, w okresie powstania doprowadziła do wyparcia pałaszy z uzbrojenia armii. Z magazynów warszawskich rozprowadzono w czerwcu 7619 sztuk pik, ale pozostała tu jeszcze rezerwa 5273 pik. Najpoważniejszym odbiorcą tej broni była Warszawa. Do cyrkułów rozesłano duże jej ilości; gromadzono piki w ratuszach poszczególnych cyrkułów jako podstawowy uzbrojenie milicji mieszczańskiej. Ogólny rozchód pik w lipcu zmniejszył się i wynosił tylko 610 sztuk. Świadczy to o nasyceniu tą bronią armii regularnej milicji. Jednakże zapotrzebowanie na tę broń istniało nadal, a wiązać się to będzie z przeprowadzeniem we wrześniu drugiego poboru.

Powstańcza zbrojownia

Ludność Warszawy nie tylko sypała wały, dawała rekruta do armii regularnej i stawała z bronią w ręku w szeregach milicji, lecz także wsparła powstanie pracując w różnych gałęziach przemysłu warszawskiego produkującego na rzecz armii. Najważniejszą gałąź tego przemysłu stanowiła produkcja uzbrojenia. Przyjrzyjmy się jej w głównych zarysach. Jak pamiętamy, baza przemysłowa Warszawy, przed powstaniem skromna, wymagała natychmiastowej rozbudowy. Wiele zaś rodzajów tej produkcji trzeba było wprost organizować od podstaw. Od razu też po zwycięstwie kwietniowym okazało się, że podobnie jak uprzednio w małopolskim ośrodku powstańczym, tak teraz w stołecznym brak wystarczającej ilości broni palnej. Dlatego też należało zaopatrzyć zwiększającą się szybko armię powstańczą przede wszystkim w broń białą. Sięgnięto po broń bliską ludowi kosy i piki. RZT uchwaliła przygotowanie 50 tysięcy pik, „którą robotą rzemieślnicy już się zatrudniają i one w czasie 4 tygodni niezawodnie wygotują”. Produkcji kos i pik podjęły się cechy warszawskich ślusarzy i stolarzy. Istotne ułatwienie w ich pracy stanowiło ukazanie się w początkach czerwca broszury napisanej przez słynnego architekta Piotra Aignera pt. Krótka nauka o pikach i kosach, zaopatrzonej w przejrzyste rysunki91. Aigner objął też nadzór nad całą produkcją kos i pik w mieście. Zadaniem Warszawy było zaopatrzyć w tę broń ludność stolicy i wojsko armii regularnej oraz rozesłać po całym kraju model piki i kosy bojowej, podług którego miały być one wykonywane przez wiejskich kowali.

Największa trudność jest z Pragą

Ze względu na małą liczbę ludności zamieszkującej to przedmieście i krótkowzroczność mieszkańców Warszawy, którzy chętnie szli do pracy w swym macierzystym cyrkule, ale niechętnie pomagali sąsiadom z innych dzielnic. Stąd też fortyfikacje praskie, za które wzięto się dopiero w drugiej połowie czerwca, sypali głównie chłopi zamieszkujący okolice Pragi. W tym celu ściągał Zakrzewski łudzi nawet z dalszych okolic, na przykład spod Garwolina. Wysiłek nad ufortyfikowaniem Pragi nie znajdował życzliwego obserwatora w Orłowskim, który 18 czerwca taki oto obraz przekazał Naczelnikowi: „Na Pradze zaś oprócz dwóch bateriów, w jednej stronie zrobionych, nic jeszcze nie masz. Ale też tam nie ma być wałów, tylko same baterie i zasieki, bo by wałów nie było kim osadzić, ale ja wątpię, żeby i baterie było czym skryć”. Tym opiniom „jednookiego, stałe chrząkającego”, ponurego komendanta nie można odmówić racji. Rzeczywiście fortyfikacji na Pradze nie rozbudowano należycie i później trudno było to zaniedbanie szybko nadrobić.

Gazety, które dla pokrzepienia serc entuzjazmowały się wysiłkiem pracujących

Spośród naocznych świadków taką oto relację przekazał Antoni Trębicki, bardzo wrogi powstaniu: „Cała niemal ludność pisał w pamiętniku pracowała około tak ogromnych i rozwlekłych robót, które nieprzerwanie ciągnęły się od brzegów Wisły pod Pulkowem naprzeciw Bielan, a okrążając całe miasto kończyły się aż u brzegu Wisły, zajmując nawet Łazienki, Ujazdów, Belweder na Szulcu. Widziano u tych robót pracujących z niezmordowaną usilnością bogaczów i ubogich, dzieci i starych, pierwszego rzędu panie i wyrobniczki, zgoła zdaje się, że ze stutysięcznej ludności nie było jednej dłoni, która by nie przyczyniła się do tej miasta warowni”. Zakrzewski polecił Józefowi Wybickiemu na pierwszym posiedzeniu magistratu, 4 czerwca, aby zorganizował na Pradze milicję na wzór warszawski, co ten wykonał do 10 czerwca. Dalsze fortyfikowania miasta oparł Zakrzewski już nie na zaciągu ochotniczym, ale przede wszystkim na mobilizacji wszystkich „zdolnych do łopaty” poprzez wójtów cyrkułowych. Prezydent wyznaczał kolejno, że każdego dnia ma stawać do sypania okopów ludność jednego z cyrkułów warszawskich, oprócz tego zaś wzywał, aby nadal i ochotnicy stawali do tej pracy.