Zachowały się jeszcze kilka innych wspomnień

Niestety wyłącznie ludzi prawicy, z tych pamiętnych dni. Wszyscy ci panowie patrzą na rozpolitykowany lud z obrzydzeniem i trwogą. Pękły jakieś zasadnicze więzy i ograniczenia; wydawało się tym ludziom, że potworny motłoch chwyta władzę, aby grabić i mordować. Ani Michał Starzeński, ani Jan Duklan Ochocki, ani Franciszek Karpiński kreśląc te obrazy nie widzieli wielkiej dynamicznej siły tego ruchu ludowego, którą można było wykorzystać do zwycięskiej rozprawy o niepodległość kraju. W owych dniach pełnych szczęku oręża, pomruków wzbierającej burzy, w szeregach niezadowolonego ludu kroczył jeden z najwybitniejszych bohaterów kwietniowej insurekcji, szewc Jan Kiliński. Czuł się w tym wszystkim nieco zagubiony. Wobec króla miał respekt, rzesze biednego ludu budziły w nim niechęć, był osiadłym, zamożnym majstrem, posiadaczem domów; świat buntującej się biedoty stał mu się obcy. Wyszedł sam z niego, ale już się dorobił. Toteż w niedalekiej przyszłości pozwoli się użyć prawicy do karania ludu. To nastąpi jednak dopiero za 2 miesiące.

Dwa zjawiska

Słabość władzy i dynamizm wystąpień ludu, zauważył od razu i zjadliwie opisał Antoni Trębicki, bardzo niechętny jakobinom. „Pomimo ustanowienia Tymczasowej Rady stwierdzał Trębicki rząd, jak zwykle w czasie pierwiastkowej rewolucji, był żaden. Kryły się po ulicach, a zwłaszcza dokoła ratusza intryganty i próżniaki i co godzina, co minuta wysyłały swych mówców na Radę, podając swoje projekta i żądając ich przyjęcia z woli narodu. Ile więc było takowych konwentiklów i mówców [z] silnymi piersiami i donośnym głosem, tylu było rządców i rządów, bo Rada Najwyższa z woli narodu musiała to wszystko decydować i przyjmować, co każda kupa, zowiąca się narodem, postanowionym mieć chciała”. Pominąwszy przesadę i usunąwszy natrętne czernidło z tego obrazu, dojrzymy roznamiętnione, rozpolitykowane tłumy, które potrafią narzucić swą wolę rządowi. W coraz większym wzburzeniu mijały pierwsze dni maja i zbliżała się generalna rozprawa między RZT i ludem, któremu przewodzili jakobini.

Konieczność aresztowań i ukarania

Żadną miarą nie chciał dopuścić do sądu ludowego. Jak widać, stracenie hetmana Szymona Kossakowskiego w Wilnie uważał za słuszne. Z aprobatą konstatował, że w więzieniu warszawskim siedzą tacy zbrodniarze stanu, jak hetman wielki koronny Piotr Ożarowski i hetman polny koronny Józef Zabiełło. Zapewniał ochoczo miejsce w więzieniu i dla dalszych dygnitarzy: hetmanów Franciszka Ksawerego Branickiego i Seweryna Rzewuskiego oraz generała ar tylerii Szczęsnego Potockiego. Ale chciał indagacji dokładnych, procesu z wszystkimi szykanami, i stąd musiał się zderzyć z jakobinami, dla których szybki rewolucyjny wymiar kary na zdrajców miał być wstępem do radykalizacji metod i poszerzenia zaplecza społecznego powstania. I Zakrzewski, i jakobini apelowali do autorytetu Kościuszki, oskarżając się wzajemnie. Przy ówczesnym nastawieniu Naczelnika, Zakrzewski przegrywał, musiał cofać się i dla ocalenia własnego prestiżu szukał różnych wybiegów. Jakobini mieli za sobą nie tylko autorytet dalekiego Kościuszki, gdyż w Warszawie dysponowali realną siłą demonstracji ludowej. Lud stolicy niezmiernie podejrzliwie patrzył na ręce rządzącym, obawiał się zdrady, chciał ich kontrolować, narzucał im swoje zdanie, żądał rozwiązań szybkich i radykalnych.

Prowadzenie agitację powstańczą na Lubelszczyźnie

Ksiądz scholastyk Jezierski najlepiej się wy dystyngował zauważa ironicznie Sapieha bo chciał ekscypować [tu: wyłączać] dysydentów, lecz gdym się pod tą kondycją tylko na to zgadzał, aby wprzód wypadła klątwa na Warszawę za to, iż w contemplum religionis [chodzi o okres świąt wielkanocnych] dozwoliła, aby Żydzi odebrali Moskalom armat kilka, wtedy gdy żaden scholastyk ani kruciczki nie odebrał, wygwizdany uciekł, a my obrady pokończyli”. Zakrzewski odpowiedział na to nieco pompatycznie: „Winszuję ci, współ- stemiku obrad narodowych Małachowskiego, odbytej potyczki z komendantem duchowieństwa lubelskiego i pokonania fanatyzmu. Miecz twój, który w gębie nosisz [przyznać trzeba, że strzelistość i trafność metafor lapidarna i dosadna, a może tu i trochę ironii], już wiele takowych odbył zwycięstw i z ukontentowaniem moim wyznam, że słodko mi było pod Waszym zostać styrem [aluzja do funkcji marszałka litewskiego sprawowanej na Sejmie Czteroletnim przez Sapiehę]. Wzdycham za tym momentem, ażebyśmy to, do czego nam zdrajcy i zgubcy Ojczyzny przeszkodzili dokonali, legalnie i porządnie fundamenta szczęścia narodu założone zreperowawszy, dalszy gmach dźwigali. Wilno z woli narodu obranego hetmana, z woli narodu obwiesiło. Ja dziś dwóch aż hetmanów do prochowni przeprowadzam i Kossakowskiego biskupa, i prócz tego trzydzieści i dwóch o zdradę Ojczyzny obwinionych, lecz jeszcze miałbym i na dwóch hetmanów i na jednego naczelnika targowickiego miejsce, tylko mi ich z krajów obcych sprowadźcie” 96.

Jakobini i prawica powstańcza

Na wstępie tego rozdziału wskazaliśmy na pogłębiający się konflikt między zachowawczą Radą Zastępczą Tymczasową a klubem jakobinów. Pierwsze dni maja przyniosły dalsze zaostrzenie się tego konfliktu. Jakobini czuli się pokrzywdzeni odnieśli zwycięstwo, lecz odsunięto ich od władzy. Prezydent Zakrzewski i cała RZT bacznie a podejrzliwie śledzili posunięcia klubistów. Prezydenta raziło ich dążenie do krwawego rozprawiania się ze zdrajcami; nie uznawał terroru jako systemu politycznego, w demonstracjach ludowych widział przejaw anarchii. Jakobini byli dlań demagogami, więcej nawet: dopatrywał się wśród nich zdrajców. Marzył o tym, że z zawieruchy wojennej powstanie Polska Konstytucji 3 maja, a do niej nie prowadziła przecież droga poprzez dyktaturę jakobińską na wzór francuski. Czy oznaczało to, że Zakrzewski uważał za rzecz konieczną zapewnienie bezkarności zdrajcom targowic- kim, czy też może względy natury religijnej nakazywały mu bronić oskarżonych o zdradę dostojników kościelnych? Na oba te pytania należy odpowiedzieć przecząco. Ówczesne nastawienie Zakrzewskiego wyraźnie rysuje się w korespondencji z Kazimierzem Nestorem Sapiehą. A jest tu i tęskne spojrzenie wstecz, na epokę Sejmu Czteroletniego, i odraza do fanatyzmu religijnego, i zrozumienie, że zbrodnie popełnione wobec ojczyzny nie mogą ujść bezkarnie.

Władze polskie podjęły decyzję zatrzymania dalszych transportów

Formalnym sekwestrem objęto wszystkie statki cesarskie 23 czerwca, ścigano te, które usiłowały ujść z zasięgu sił powstańczych. Obliczenia komisarza cesarskiego Jerzego Myrtscheka wskazują, że zawrócono wówczas do Warszawy transport austriacki wiozący 62 748 korców owsa, 8574 korce innego ziarna i 469 beczek mąki95. Władze polskie ten przymusowy zakup uzasadniły koniecznością, wskazując na tragiczne położenie aprowizacyjne stolicy. Dalsze rekwizycje nastąpiły już po wyjeździe posła austriackiego de Caché z Warszawy, w końcu lipca i w sierpniu. Jest rzeczą dziwną i trudną do wytłumaczenia, że mimo stałych rekwizycji Austriacy nie przerwali tych transportów i aż do września dość skutecznie podkarmiali Warszawę i armię powstańczą. Chociaż rekwizycje żywności austriackiej nie były w stanie na dłuższy czas zabezpieczyć Warszawy, to jednak w momencie przełomowym, szczególnie trudnym, poszczekociń- skim, pomogły miastu bardzo znacznie. Zwraca też uwagę szybko i sprawnie przeprowadzona akcja rekwizycyjna.

Przepuszczanie przez miasto barek ze zbożem

Przepuszczenie to budziło głęboki sprzeciw, szczególnie w środowisku jakobinów. Jeszcze za rządów targowiczan Jan Dembowski z pogardą wyrażał się w liście do Ignacego Potockiego o wysokim uprzywilejowaniu tranzytu austriackiego przez Polskę. Rzecz jasna, że taki stan rzeczy długo trwać nie mógł. Tranzyt ten za Targowicy zgodzono się pod naciskiem rosyjskim zwolnić od cła, co podszyto frazesem, że żywność ta przeznaczona jest „dla armii wojującej o cele, które dla Polski są wspólną sprawą z całą Europą” 9S. Teraz zaś musiało tolerować ten tranzyt wolne, wyniszczone i wygłodzone miasto. Toteż Komisja Porządkowa Księstwa Mazowieckiego, gdzie duże wpływy mieli jakobini, domagała  się „pożyczenia” owsa z tranzytu. De Caché w obawie o całość tranzytu musiał się zgodzić na sprzedaż pewnej ilości mąki, owsa i żyta. Oczywiście nie rozwiązywało to trudności aprowiza- cyjnych miasta, które nadal bardzo poważnie się zwiększały. Tymczasem głodni mieszkańcy stolicy widzieli przepływające statki ze zbożem, a jakobińska „Gazeta Wolna Warszawska” powiadamiała, że od 17 do 20 czerwca przeszło przez miasto w kierunku Gdańska więcej niż 100 statków różnej wielkości naładowanych około 40 tysiącami korców żyta i 20 tysiącami korców owsa.

Problem wyżywienia miasta

Obok uzbrojenia i mobilizacji wszystkich zasobów Warszawy do walki, drugi najistotniejszy problem, z którym borykali się powstańcy, stanowiło zaopatrzenie miasta w żywność. Trudności w tym zakresie napotykano bardzo poważne. Niemal nazajutrz po zwycięstwie kwietniowym głód zajrzał w oczy mieszkańcom miasta. Zarówno Igełstrom, który buszował w okolicy Nowego Dworu, jak i jego podwładny, generał Nowickij, stojący pod Karczewem, zajmowali się bardzo skrupulatnie nie tylko pustoszeniem okolicy, ale i zatrzymywaniem wszelkich barek i tratw ze zbożem płynących Wisłą i Bugo-Narwią. W Warszawie musiano więc za drogie pieniądze kupować zboże z magazynów pruskich i ściągać ile się tylko da żywności drogami lądowymi, głównie z Podlasia i Lubelskiego. Jedynie austriackie barki ze zbożem płynące Wisłą nie były zatrzymywane ani przez Rosjan, ani przez Polaków. Jest rzeczą zrozumiałą, że powstańcy życzyli sobie zachowania przez Austrię neutralności, a istniały nawet różne, bezpodstawne zresztą, przypuszczenia o jej życzliwości wobec insurekcji. Austriakom zaś zależało na szlaku wiślanym do Gdańska, tędy bowiem aprowidowali swą armię walczącą z Francuzami w Belgii. Poseł austriacki Benedictus de Caché zabiegał więc o zabezpieczenie tych transportów od rekwizycji.

Odlewanie kul

Dużo trudniejsze od szycia i nabijania ładunków było odlewanie kul. Gisernię (odlewnię) uruchomiono w kuźni artylerii koronnej na Muranowie. Początkowo pracował tam tylko jeden piec, ale do końca lipca zdołano już wybudować następny. Naczelnik żądał, aby jak najwięcej robiono amunicji do najcięższych armat, dwunasto funtowych. Przyjrzawszy się rozbudowie przemysłu zbrojeniowego w okresie od insurekcji kwietniowej do początków oblężenia, stwierdzić możemy, że ten trzymiesięczny okres wypełniły prace przygotowawcze. Największym jego osiągnięciem było zorganizowanie odlewnictwa dział. Odniesiono sukcesy przy produkcji broni drzewcowej i wyrobie amunicji karabinowej, ale uruchomienie tych prac przyszło stosunkowo łatwo. Gorzej przedstawiała się produkcja amunicji artyleryjskiej, która zresztą do końca powstania nie mogła nadążyć za potrzebami wojska. W pierwszym okresie powstania zorganizowano naprawę karabinów opierając ją tylko na warsztatach rzemieślników, co było mało wydajne i zmusiło władze do poszukiwania innych rozwiązań, przede wszystkim poprzez utworzenie dużych manufaktur państwowych.

Jakość i należyte zabezpieczenie amunicji

Do wszystkich miejsc, gdzie przygotowywano amunicję, narzędzia i surowiec przydzielały władze wojskowe, a całością prac kierował oficer wyznaczony przez komendanta miasta, odpowiedzialny przed nim za jakość i należyte zabezpieczenie amunicji. Obawiano się sabotażu, Kościuszko zaś rozkazywał, aby do prac tych nie używano jeńców wojennych. Nie mamy niestety danych dotyczących ilości amunicji zrobionej w pierwszych miesiącach powstania. O ile wyrób amunicji karabinowej, bardzo prosty, nie nastręczał poważniejszych kłopotów, o tyle zaopatrzenie armii w amunicję artyleryjską łączyło się z większymi trudnościami, gdyż jej produkcja była bardziej skomplikowana. Kule armatnie wykonywano wyłącznie z żeliwa. Okrągłą, gładką kulę łączono z woreczkiem prochowym, zwanym nabojem. Woreczki te robiono z papieru lub z cienkiej tkaniny bawełnianej. Kościuszko żądał kategorycznie, aby produkcję amunicji artyleryjskiej podjęto jak najszybciej. Wypełniając ten rozkaz, uruchomiono w Szopach Procho- wych za koszarami artylerii nabijanie ładunków i scalanie naboi. Zgromadzeni tu krawcy, przeważnie Żydzi, szyli woreczki amunicyjne, a żołnierze napełniali je prochem. Kierownik tych robót, porucznik Budnowski, raportował, że ma do pracy zaledwie 38 osób.