RZT zapanowała nad sytuacją, że nie dopuściła do dalszych egzekucji

Jakobini uważali, że należy to dzieło zemsty kontynuować, i mieli zamiar zmusić sąd do wydania wyroku na ogólnie znienawidzonego biskupa wileńskiego Massalskiego. Bardzo się tego bał król, ale tymczasem jeszcze Massalski ocalał. Zakrzewski w walce o powstrzymanie egzekucji rzucił na szalę swą popularność, zagroził dymisją, oświadczył, „ że na Ratusz nie pójdzie, póki szubienice nie pozrzucają. Dołożył nawet jeżeli będziecie się upierać dalej o te szubienice, to postawcie ją przed moim własnym domem i mnie samego najpierw obwieście. Wtedy dopiero uspokoiło się pospólstwo i szubienice pozrzucali”. Mimo uspokojenia, jakie nastąpiło pod wieczór 9 maja, najbliższe dni przyniosły pewną zmianę sytuacji również i wśród najwyższych władz powstańczej Warszawy. RZT nieco się zradykalizowała. Szybciej toczyły się teraz dochodzenia, więzienia zaczęły się napełniać nowymi targowiczanami, zaostrzył się również dozór nad więźniami, z niektórych ogniw władzy powstańczej, przede wszystkim z sądów, wycofywali się ludzie którzy reprezentowali zdecydowanie prawicowe nastawienie.

Mokronowski usiłował wzmocnić dyscyplinę wśród wojska

Wziąć silnie w garść oficerów. Zarządził, aby w przyszłości, gdy nadejdą informacje o zbliżaniu się wroga pod miasto, oficerowie udali się do swoich oddziałów i czekali w pogotowiu na rozkazy. Przypomniał, że alarm ogłasza wystrzał z armaty sygnałowej, a oficerowie dyżurni obowiązani są pospieszyć na miejsce alarmu i o jego przyczynach natychmiast złożyć mu raport. Bratanie się wojska i ludu, w szczególności zaś oficerów z ludem, zdecydowanie potępiał. Jednakże w rozkazie to potępienie wyraził komendant w inny sposób, nieco dwuznacznie: „Ichmość oficerowie mają unikać najmniejszej zaczepki z pospólstwem”. Ogólne rozkazy i uwagi Mokronow- skiego też zawierały ostrą naganę wobec dotychczasowej postawy oficerów garnizonu warszawskiego: „W ogólności zalecam, ażeby swą powinność pełnili z flegmą, roztropnością i cichością, ponieważ na dniu wczorajszym widziałem, że imci panowie sztabsoficerowie dzienni głośnymi dyspozycjami pomnażali alarm”.

Opis tych wydarzeń sporządzony przez RZT nie całkiem odpowiadał prawdzie

Dużo w nim fałszu, a widoczny on był i w ostatnim zdaniu, kończącym ten raport: „Po tej egzekucji, której tysiące mieszkańców asystowały miasta, lud zawsze spokojny, ukontentowany z zatracenia niegodnych swej ojczyzny synów, uwielbiał sprawiedliwość sądu i do swych zwrócił się powinności”. Lud nie uwielbił bynajmniej swoich władz. Wiedziano w Warszawie aż nadto dobrze, że wyroki zostały wymuszone, wydane wbrew woli Rady. Rząd zaś wydał polecenie sądowi kryminalnemu przeprowadzić śledztwo w sprawie wywołania tych zaburzeń. Panowie z Rady wpadli na pomysł wcale dla siebie korzystny, choć bardzo naiwny, tłumacząc, że rozruchy były spowodowane za sprawą zdrajców targowickich, tych, których powieszono. To właśnie ludzie Kossakowskiego, Ankwicza, Zabiełły i Ożarowskiego dowodziła RZT wywołali rozruchy, aby spowodować w mieście zamieszanie, które miało im ułatwić ucieczkę z więzień. Aresztowano więc służbę tych ludzi i indagowano ją, ponieważ jednak sprawa od pierwszej chwili nie miała żadnych podstaw, więc nic nikomu nie udowodniono i po jakimś czasie wszystkich zwolniono.

Strach ogarnął członków Rady i urzędników

Dwaj spośród nich: Wulfers i Wybicki, okazali dużą odwagę, bo próbowali się opierać. Mniej odważni w ogóle nie przyszli. Ci, co się znaleźli na posiedzeniu, ulegli naciskowi. Sąd kryminalny wydał pospiesznie wyroki śmierci na Ożarowskiego, Zabiełłę, Ankwicza i biskupa Kossakowskiego. „Trzy godziny sąd rozbiorem ich przestępstw zatrudniał się ”, po czym nastąpiła publiczna egzekucja. Wszystkim tym wydarzeniom towarzyszyło ogromne napięcie nerwowe, jakieś ogólne odczucie, że dokonuje się akt sprawiedliwości. Wyroki śmierci przyjęto oklaskami, a egzekucji przyglądały się nieprzeliczone rzesze ludzi. Zakrzewski zauważył ze zgrozą, że nawet kobiety, które zazwyczaj unikały podobnych scen, tu patrzyły ciekawie i wyrażały głośno uznanie dla tych aktów sprawiedliwości i kary.

Stanisław August powrócił na Zamek

RZT wystąpiła z życzeniem, aby na przyszłość używał spacerów wyłącznie w Ogrodzie Saskim; odtąd też specjalnie delegowani adiutanci municypalni strzec mieli jego bezpieczeństwa, czyli mówiąc dokładnie: mieli pilnować, aby nie uciekł z miasta. W ten sposób skończyła się tymczasem sprawa z królem, ale rozkołysane namiętności nie wygasły prędko; przypomniano sobie o więzionych zdrajcach. Noc zapadła wśród wielkiego podniecenia. Klubiści postanowili wymóc stracenie najbardziej winnych zdrajców targowickich. Późno w noc pracowali cieśle i stolarze warszawscy, za darmo, przy asyście wielotysięcznego tłumu wznoszący narzędzia kary, tak że „ z świtem widzieć się dały trzy szubienice w Rynku Miasta Starej Warszawy, czwarta na Przedmieściu Krakowskim wystawiona” m. Teraz dopiero rozegrał się dramatu akt ostatni: sąd, wyrok i egzekucja, wszystko razem trwało cztery godziny. Ogromne rzesze ludu wypełniły Rynek Starego Miasta i pobliskie ulice. Ratusz staromiejski, gdzie obradowała RZT, pozostawał w oblężeniu, wreszcie tłum wtargnął do wnętrza i kategorycznie zażądał wyroku na zdrajców. Cóż to za ludzie wtargnęli na salę posiedzeń Rady? Był to tłum ogromny, ale niejednolity: obok prostych rzemieślników stanęli znani w mieście ludzie wolnych zawodów, rzucały się w oczy również mundury wojskowe.

W rozkazie dziennym zachowanie się swoich podwładnych

Następnego dnia, gdy Mokronowski trochę ochłonął, tak opisywał w rozkazie dziennym zachowanie się swoich podwładnych: „Na dniu wczorajszym z największym bólem serca widziałem niesłychany nieporządek w garnizonie z okazji przy trafionego fałszywego alarmu, ichmość oficerowie zamiast przyprowadzenia ludu i pospólstwa do porządku, zamiast wyprowadzenia z nich fałszywego przekonania o alarmie, sami po ulicach konno latali i opaczne wieści nosili. Jeden z ichmość oficerów, o którego imieniu na ten raz zamilczam, poważył się był własną powagą dawać rozkazy kanonierowi do wydania ognia z armaty Widać z tych żalów komendanta, że wojsko, tak bardzo zbratane z ludem w czasie insurekcji kwietniowej, szło z nim ręka w rękę, wrażliwe i podatne na agitację ludową. Wiemy zaś i z innych źródeł, że niektórzy „ichmość oficerowie” działali bardzo energicznie i że oni rozpowszechniali groźną wiadomość o próbie ucieczki króla. Kiliński z pewną przesadą opowiada, jak to jeden z jakobinów, major Michał Chomentowski, namawiał go, aby wspólnie, korzystając z zamieszania, aresztowali króla.

Kiliński

W eskorcie towarzyszącej wracającemu królowi między innymi znajdował się Kiliński. Agitacja jakobinów oddziałała na niego tak silnie, że stał się rzecznikiem szybkiego sądu ludowego wobec zdrajców. Jak wiemy, zgłaszał już uprzednio takie żądania, a obecnie na fali powszechnego wzburzenia wystąpił jako rzeczywisty „naczelnik ludu”. RZT była złamana, okazała swą całkowitą bezsiłę. Rząd, który nie ma zaufania i autorytetu, ale ma policję i wojsko, może jeszcze próbować przeciwstawić się woli podnieconego ludu, w wypadku RZT sytuacja przedstawiała się tym groźniej, że milicja pozostawała dopiero w stadium organizacji, a policja była nieliczna i niepewna. Zupełnie też jak się okazało zawiódł garnizon wojskowy.

Poruszenia majowe

Ostrą próbę sił między RZT i lewicą powstańczą stanowiły wydarzenia 8 i 9 maja. Zaczęło się od poważnych rozruchów. Dotarły już do Warszawy wieści, że w Wilnie powieszono hetmana Kossakowskiego, co dolało oliwy do ognia. Okazało się, że i „wielki szelma” jak go określił Jakub Jasiński ponosi w Polsce karę, a nie jak dotychczas wyłącznie pospolity złodziej. Wypadki wileńskie były wielkim wstrząsem i silnie oddziałały na stolicę. Rozeszły się wieści, nie wiadomo przez kogo rozpuszczane, że wróg zbliża się do Warszawy oraz że król uciekł. Rozgorączkowane tłumy wyległy na ulice. Wzburzony, roznamiętnio- ny lud stał się niezwykle podatny na agitację klubowców. Obawa kazała instynktownie zbroić się, i oto znów lud wtargnął do arsenału i do cyrkułów, zabierając część magazynowanej tam broni. Zachowanie króla istotnie wyglądało podejrzanie. Jak zazwyczaj, tak i 8 maja wybrał się karetą na spacer, tylko że zapragnął zwiedzić Pragę. Przejechał po moście i znalazł się za Wisłą, skąd mógłby już bez większych trudności próbować ucieczki. Działo się to w godzinach wieczornych i wieść o tej nieoczekiwanej peregrynacji królewskiej wstrząsnęła Warszawą. Ogólnie domyślano się, że Stanisław August podjął próbę ucieczki. Mokronowski musiał nawet zarządzić pogotowie oddziału kawalerii, którego zadaniem byłby pościg, gdyby „król do umknięcia pokusić się śmiał”. Przerażona RZT wydelegowała Zakrzewskiego, aby króla skłonił do jak najszybszego powrotu do Zamku. Próbował on przemówić, uspokoić, ale daremnie; wśród powszechnego zamieszania padło oskarżenie, że to prezydent ucieka wspólnie z królem. Oskarżenie oczywiście absurdalne, lecz w tym momencie strasznego podniecenia groźne, wskazujące, że i Zakrzewski nie panuje nad miastem.

Autorytet powstańczej Warszawy

Śmiałe poglądy, tym groźniejsze, że wyraził je jeden z największych autorytetów powstańczej Warszawy. Naprzeciwko siebie stali teraz dwaj ludzie, którzy najwięcej znaczyli w mieście: Zakrzewski, cieszący się we wszystkich kołach uznaniem i wielką popularnością dla swego nieposzlakowanego charakteru, i Kiliński wódz ludu z gorących dni kwietniowych. Jest jeszcze jeden człowiek, który działa z wielką energią, chociaż oficjalnie od wszystkiego jest odsunięty Stanisław August, pomny na to, że w ostatecznym rachunku lewica może zażądać jego głowy, aby rzucić ją wrogom jako wyzwanie, a wszystkim Polakom jako dowód najbardziej dramatyczny, że nie ma odwrotu. Te antykrólewskie nastroje nie miały jednak charakteru powszechnego i nie mogły liczyć na ogólną aprobatę nawet w momentach największego wzniesienia fali rewolucyjnej.

Czuł się jeszcze wodzem zwycięskiej Warszawy

Niechęć swą kierował przede wszystkim przeciwko prawicy. Szlachta i ludzie wykształceni nie powołali go na stanowisko pierwszoplanowe i traktowali trochę jak figuranta. Wyrazem tej niechęci Kilińskiego były jego wystąpienia polityczne, inspirowane zapewne przez klub. Pisał do RZT wyrzucając, iż dotychczas zdrajcy nie są osądzeni: „Znękany wielu nieszczęściami i długimi doświadczeniami lud baczny jest na bezpieczeństwo ogólne, troskliwym jest, aby amnestia dla zdrajców wspomnianą nie była. Żąda przykładu surowości Sądu, a przeto doprasza się o zaspokojenie słusznej swej obawy, której skutkiem mogłyby być sprawiedliwe z strony ludu inkonweniencje, czyli jaśniej mówiąc, lud przymuszony by się widział, puściwszy mimo Sąd, sprawiedliwość zwłóczący, jednego po drugim wyprowadzać i zabijać zdrajców. Takie jest przełożenie ludzi, na które stosownej czeka w skutku rezolucji”. Groźny ten list podpisał: Jan Kiliński — naczelnik ludu.